Powrót do strony relacjiKontakt Relacje

Trasa ze Świeradowa do Dusznik

Dzień pierwszy. Niedziela 1999-07-11
Izery, Napoleon i Kozacy

Z Wrocławia wyruszamy we czwórkę. W skład ekspedycji wchodzą: Asia, Danka, Maciek i ja tzn. Łukasz. W późniejszym czasie mają się dołączyć także Marta z Ludwikiem. Pospieszny do Jeleniej pomyka dość szybko. Miasto wita nas ulewą. Około piętnastej próbujemy zdążyć na autobus do Świeradowa. Niestety nie tym razem. Zmoczeni siadamy na dworcu PKS. Zanosi się na długie czekanie, więc grając w karty konsumujemy część zapasów. Niespodziewanie dla nas pojawia się na peronie, jak zaraz poznamy, prywatny przewoźnik. Po krótkim uzgodnieniu cen, rezygnujemy z oczekiwania na PKS i wsiadamy do jego busa.

Hala Izerska (fot. ŁM) W Świeradowie, mimo późnego popołudnia świeci słońce. Niebieskim szlakiem, podchodzimy na Polanę Izerską. Otaczają nas torfowiska, dlatego eskadry komarów i muszek nie są niczym niezwykłym. Stają się jednak coraz bardziej napastliwe i nie pozostaje nam nic innego jak sięgnąć po arsenał środków owadobójczych. Od razu lepiej. Teraz spokojnie możemy podziwiać krajobraz, który roztacza się wokół nas. W polskich Izerach nie widać już śladu katastrofy ekologicznej sprzed lat, a pierwsze spojrzenie przywodzi na myśl Bieszczady. Idąc dalej bez trudu rozpoznajemy którędy wiedzie granica. Po stronie Czeskiej rzucają się w oczy kikuty martwych drzew.

Wkrótce dochodzimy do ruin wioski Gross Iser, zrównanej z ziemią w 1945 roku przez "armię zdradziecką". Jeszcze dziś można zobaczyć, wśród torfowisk podmurówki budynków. Ze wszystkich zabudowań jednak ostała się jedynie szkoła. Dziś mieści się w jej budynku, trochę zapuszczona "Chatka górzystów". Decydujemy się tam zjeść kolację a później wyruszyć do Orla, tak żeby być tam przed zmrokiem. Czekając na wrzątek, czytam rożne informacje zamieszczone w jadalni na ścianie.

Wioska Gross Iser była malutka. Jednak miała swoje epizody w historii. To tędy maszerowała część wojska Napoleona na podbój Imperium. Tędy też próbowali przedostać się ścigający ją Kozacy. Wielu z nich pozostało na miejscowych torfowiskach, zapadając się wraz z końmi i ekwipunkiem. Te incydenty nie zaburzały miejscowego życia, które wlokło się powoli aż do 1945. Wtedy pojawili się żołnierze z czerwoną gwiazdą. Podczas pacyfikacji zginął jeden mieszkaniec, resztę wypędzono a wioska została spalona.

Asia już przygotowała herbatę, kończę więc lekturę. Około ósmej startujemy do Orla przed nami jakieś półtorej godziny drogi. W Dziczym Jarze niebieski szlak odbija na zachód, dalej więc idziemy wzdłuż czerwonego. Na miejsce dochodzimy już po zmroku. Z latarkami rozbijamy namioty przy leśniczówce. Wokół rżą, krążą i potykają się o linki odciągowe dwie kobyły i małe, pocieszne źrebię. Powoli zasypiamy. Brakuje tylko Maćka, który zniknął na imprezie toczącej się w pobliskiej leśniczówce.

Dzień drugi. Poniedziałek 1999-07-12
Długodystansowcy

Dzień zaczął się nieprzyjemnie bliskim spotkaniem z kobyłą, która przymierzała się do naszego śniadania tj. worka z musli. Próba jej przepędzenia skończyła się dla Asi śladami zębów na przedramieniu.

Kończymy śniadanie, powoli się pakując. Jeszcze tylko mycie zębów i ruszamy czerwonym szlakiem w kierunku Jakuszyc. Wkrótce wchodzimy na trasę biegu Piastów, która po około półgodzinie mozolnego podchodzenia, zmienia się w idealnie prostą, lekko wznoszącą, leśną "autostradę". Widok naprawdę zdumiewający.

Na Przełęczy Szklarskiej w Jakuszycach szlak czerwony się kończy (lub zaczyna). Dalej będziemy wchodzić na grzbiet Karkonoszy według zielonego znakowania. Idąc asfaltem po lewej stronie obserwujemy panoramę Gór Izerskich, którą psuje widok kopalni kwarcu. Wkrótce przekraczamy granicę najwyższego pasma Sudetów i zaczynamy trawersować podmokłą leśną ścieżką Śląski Grzbiet. Dochodząc do torfowiska mijamy Skalną Bramę i Owcze Skały. Stąd już widać schronisko na Hali Szrenickiej. Jego widok będzie nam towarzyszył jak fatamorgana jeszcze przez godzinę, może półtorej. Wokół przygnębiająco martwy las.

Szlak wiedzie dalej ponad doliną Kamieńczyka, przecinając liczne zasilające go strumienie, w których uzupełniamy nasze zapasy wody. Pogoda zaczyna się zmieniać. W powietrzu już czuć nadchodzącą burzę. Z trudem przyśpieszamy kroku. Danka zaczyna marudzić, dziwimy się, że tyle wytrzymała, ma przecież 12 lat. Pokrzepiona perspektywą obiadu dorównuje nam kroku.

Docieramy do schroniska na Hali. Zamykamy za sobą drzwi i w tym momencie zrywa się burza. Jak dotąd sprzyja nam szczęście, bo gdy kończymy obiad (wietkongi i inne przysmaki) nad Karkonoszami znów świeci słońce. Korzystając z chwili ruszamy dalej w kierunku Szrenicy. Powoli nad naszymi głowami znów zaczynają się ścierać dwa fronty atmosferyczne. "Dziura" między chmurami rysuje się tylko nad grzbietem Karkonoszy. Dalszą wyprawę kontynuujemy więc czerwonym szlakiem, z zamiarem dotarcia do Śnieżnych Kotłów. Nie trwa to długo. Po drodze mijamy Mokrą Przełęcz, Sokolik, Łabski i wkrótce podziwiamy... śnieg w lip. Na północnej ścianie Śnieżnych Kotłów, tuż pod Wielkim Szyszakiem zalega płat, już niebiałego lodu.

Na Małym Stawem (fot. ŁM)Na kolejny etap w dzisiejszym dniu, jako, że nie odczuwamy zbytniego zmęczenia, wybieramy Przełęcz Karkonoską. Przez pewien czas szlak prowadzi kamienną ścieżką po rumowisku. Na Czarnej Przełęczy odpoczywamy pochłaniając tabliczkę czekolady. Mija nas dwójka piechurów. Byli to pierwsi spotkani ludzie odkąd wyszliśmy spod Szrenicy. Widocznie kłębowisko ciemnych chmur, na północ i południe od wierzchowiny Karkonoszy odstraszyło wszystkich potencjalnych wycieczkowiczów. Podczas gdy, po obu stronach granicy w dolinach padało, na samym grzbiecie przyjemnie przygrzewało popołudniowe Słońce. Po 40 minutach spokojnego marszu, obserwujemy ze Śląskich Kamieni, rozległą Przełęcz Karkonoską. Od razu przypomina mi się mecz koszykówki jaki kilka lat wcześniej, wraz ze znajomymi z liceum rozgrywaliśmy przy strażnicy WOP, z jej załogą. Nie pamiętam już wyniku, ale sam mecz na wysokości 1200 m. utkwił mocno w pamięci.

Zejście do schroniska Odrodzenie jest bardzo nieprzyjemne ze względu na asfaltowane przez Czechów ścieżki. Narzekając na nie nawet nie zauważyliśmy jak niewinne cumulusy przekształciły się w złowrogą chmurę burzową. Przyspieszamy i znów udaje się nam uniknąć deszczu, tym razem wspieranego gradem.

Pierwsze wrażenie z Odrodzenia jest takie samo jak i parę lat temu: ogromy, ciemny i pusty moloch, coś jakby relikt poprzedniej epoki. Dopiero na pierwszym piętrze "czar" pryska. Widać duży wkład właścicieli włożony w remonty. Nienajgorszej wyglądają także pokoje i toalety. Szkoda, że w jadalni wrzątek dostępny jest tylko do 20:00. Przed zaśnięciem przeliczamy jeszcze szybko kilometry jakie nam dzisiaj zostały w nogach. Wyszło tego 28, nie uwzględniając przewyższenia terenu, z Orla w Izerach do Odrodzenia. Danka spisała się niegorzej od nas.

Dzień trzeci. Wtorek 1999-07-13
Wielkie lanie

Odrodzenie opuszczamy około 9:00 z wypraną bielizną przytroczoną do plecaków. Mamy nadzieję, że wiejący silny wiatr ją wysuszy, a zdziwienie w oczach "turystów" przybyłych wyciągiem bawi nas. Inne osoby z plecakami na powiewającą bieliznę patrzą na ogół z uśmiechem. Pod Małym Sisiakiem (z Czeska) i dalej przez Słoneczniki nad Kocioł Wielkiego Stawu z panoramą na Karpacz i dalej, w Kotlinę Jeleniogórską. I w tym miejscu przestaje nam dopisywać szczęście. O ile wczoraj mijaliśmy się z deszczem trzy razy, to dzisiaj, dosłownie każdy możliwy i niemożliwy deszcz czuje się zobowiązany nas pokropić. Kończą się widoki, mgła oblepia wszystko i wszystkich wilgocią i zimnem. "Byleby dojść w jakieś suche ciepełko i już będziemy szczęśliwi." Najbliższe jest schronisko "Śląski Dom". Pożałowania godne w swojej chciwości. Oskubujące dzieciaki z ciężkiej mamony za byle chipsy. Chwilę czekamy, aż się rozwieje, spożywamy cokolwiek, i dalej.

Suszenie przy Jelence (fot. JD)Pogoda jest na tyle niepewna, że nie decydujemy się na przejście przez Śnieżkę. Omijamy ją bokiem, szlakiem niebieskim, chociaż Danuśka ma o to straszne pretensje. Łukasz próbuje znaleźć dziurę w chmurach, żeby zrobić zdjęcie i zostaje trochę w tyle, optymista. Dochodzimy do miejsca, gdzie szlak niebieski łączy się z czerwonym - prowadzącym przez szczyt Śnieżki. Konsternacja: "drogowskaz, że na szczyt jest tylko kilka minut, ale pogoda na tyle niepewna, że może lepiej gonić do przodu, i jeszcze Łukasz się gdzieś podział". Decydujemy się, że Maciek poczeka na Łukasza, a ja z Danką pójdziemy dalej. Na naszą zgubę... W ciągu 10 minut rozpętuje się takie piekło, że "starzy górale" nie pamiętają. Znajdujemy się na garbie. Akurat najidiotyczniejsze miejsce do przebywania w czasie burzy. Przemykam z Danką od tyczki do tyczki, szybko kończą się i one, a nasze główki pięknie wystają ponad kosówkę. Kucamy pod jakimś krzakiem i czekamy aż chłopaki nas dogonią. Zadziwiająco szybko przemaka mi kurtka i polar do gołej skóry. Małej pewnie to samo, chociaż się nie skarży. Po nogach spływa taka ilość wody, że w 5 minut, od rozpoczęcia ulewy moje nieprzemakalne Scarpy są pełne. Faktycznie nieprzemakalne, nic się nie chce wylewać. Po dołączeniu chłopaków ruszamy dalej z duszami na ramieniu, coś Dance tłumaczę, że mamy iść daleko od siebie i o napięciu krokowym, ale ona nic nie słyszy. Jeszcze przez kilkadziesiąt minut. Po drodze mijamy krasnoludka pod kapeluszem parasola (z metalowym trzonem, no cóż).

Przeżyliśmy.

Tuż za Czarną Kopą wszystko się rozwiewa. Burza? Jaka burza? Przecież słoneczko świeci i jest ślicznie. Tylko potok, środkiem którego musimy iść wziął się nie wiadomo skąd. Bywa.

Trafiamy na Jelenkę. Maleńkie, czeskie schronisko. Chyba nie będę go opisywała, bo byłyby to same superlatywy, w każdym razie polecam. Rozkładamy przed nim na trawie cały nasz mokry dobytek. Dosłownie wszystko, zaczynając od śpiworów, a na pieniądzach i dokumentach kończąc. Buty, jak już pisałam - nieprzemakalne, mogą służyć za nosidło do wody (rada dla survivalowca). Biegamy wśród szmat, przewracając je z boku na bok, żeby choć trochę wyschły. Słońce operuje, jakgdyby nigdy nic. Kurcze. Ale dobre i to, przynajmniej śpiwory wyschły nam do wieczora, i nie musieliśmy spać w mokrych betach.

My, starsi padamy, a Danka chce skorzystać z długiego wieczoru i zanudza nas o grę w karty. Skąd u niej te siły? Dobranoc.

Dzień czwarty. Środa 1999-07-14
Z Karkonoszy w Stołowe

Dzień zaczął się słońcem i niewielkim rozłamem w grupie. Maciek stwierdził, że jak chcemy, to możemy iść, a on tu sobie jeszcze poleniuchuje i dogoni nas na trasie. OK. Pozbieraliśmy się we trójkę i ruszyliśmy w stronę Okraju szlakiem czerwonym, omijając graniczny Kowarski Grzbiet i "nielegalnie" przekraczając granicę. Po drodze kilkakrotnie natknęliśmy się na wodne "młynki" - przy wielu domach, przy których cokolwiek mokrego szmerało Czesi zbudowali niewielkie konstrukcje na których tańcują figurki, grają muzykanci, drwale rąbią drewno, lub łopatki kręcą się dla samego tylko kręcenia.

Do granicy, gdzie dogonił nas Maciek, doszliśmy od strony Małej Upy. Razem przekroczyliśmy Grzbiet Lasocki, by na Rozdrożu Kowarskim znowu się podzielić na grupki dwuosobowe. Tym razem po to, aby łatwiej dojechać "stopem" do Lubawki. Tę część trasy pominę, bo co tu opisywać?

Lubawka przywitała nas ponurym gmaszyskiem dworca PKP pod który zostaliśmy podwiezieni. Po wojnie było tu jedno z niewielu kolejowych przejść granicznych. Budynek dworca służył więc przede wszystkim jako urząd celny. Nie wiem, czy przejście kolejowe do Czech działa, czy tylko stacja straciła tak na ważności, w każdym razie z budynku dworca wykorzystuje się bardzo niewielką część, a reszta straszy.

Los Lubawki, ze względu na usytuowanie miasta na najniższym w całym pasie Sudetów przejściu między Śląskiem a Czechami, nie był pomyślny. Miasto wielokrotnie cierpiało na skutek przemarszów wojsk podczas wojen husyckich, śląskich, Wojny Trzydziestoletniej. Poza tym było nawiedzane przez pożary, powodzie i epidemie. Aż dziwne, że tak niewiele ucierpiało podczas II Wojny Światowej, kiedy to stworzono tu filię obozu Gross-Rosen. Rozwijało się głównie dzięki przemysłom: tkackiemu, szklarskiemu i (od drugiej połowy XIX wieku) górniczemu.

W Lubawce byliśmy umówieni z Martą i Ludwikiem, którzy mieli dalej kontynuować z nami wędrówkę. Przyjechali, zrobiliśmy ostatnie zakupy i... zaczęło lać. Mija godzina, półtora. Kurcze, musimy zdążyć na pociąg w Kralovcu, po drugiej stronie granicy, około 6 km. Idziemy więc. Im dalej od Lubawki, tym bardziej jesteśmy mokrzy i tym mniej pada. Gdy wsiadaliśmy do pociągu zza chmur zaczynało wyglądać słońce, za to my wyglądaliśmy jak zmokłe kury. (Prawo Murphy'ego.)

Wysiadamy w Adrsspachu (fot. L. Ryng)Autobusem szynowym, w którym panowały przedziwne zwyczaje i z przemiłym panem konduktorem, dotoczyliśmy się do Trutnova. Dzięki temu, że autobus szynowy jest niewielki, konduktor sprawdzał bilety zaraz po wejściu pasażera do przedziału i wiedział kto, na którym przystanku wysiada. Nie było więc mowy o jeździe na gapę, poza tym przed każdym przystankiem mówiono co to za stacja, pociąg (autobus) hamował, i jeśli nikt z jadących nie wysiadał, a na przystanku nikt nie stał, to pociąg (autobus) nie stawał. Co za ekonomiczne podejście! Poza tym konduktor nie mógł zrozumieć, czemu kupiliśmy bilety na główny przystanek Trutnova, zamiast wysiąść przystanek wcześniej i stamtąd wsiąść do pociągu do Adrsprachu. Co za strata pieniędzy i czasu na siedzenie w pociągu! Tacy właśnie są Czesi.
Do Adsprachu ściągnęliśmy późnym wieczorem i pierwsze co nas przywitało, to piaskowcowe skały. Niedaleko dworca znajduje się główne wejście do parku "Adrsprassko-teplickich skal". Stanowi je skalna brama otwierająca się na jeziorko o błękitnozielonej wodzie, otoczone piaskowcowymi blokami. Podobno miejscowi urządzają tu sobie plażę nudystów. Oczywiście po zamknięciu parku dla zwiedzających. My również zaplanowaliśmy kąpiel, po znalezieniu miejsca na nocleg.

Skierowano nas na prywatne pole namiotowe, położone przy ścianie parku (Adrspaskie Skały "wyrastają" z niemalże płaskiego terenu). Niedaleko znaleźliśmy "kuchenne" wejście w skały, z kórego korzystaliśmy, omijając z daleka kasy biletowe.

Jeszcze tego samego wieczora pobiegliśmy w skały. Poza szlakami turystycznymi znaleźliśmy m.in. szczeliny, o szerokości 30-50cm, długości kilkudziesięciu metrów i wysokości 20-30 metrów. Wchodziliśmy w takie korytarze nie wiedząc, czy na końcu nie trzeba będzie zawrócić. Przy zapadających ciemnościach robiło to niemałe wrażenie. Poza tym zwiedziliśmy część trasy turystycznej, którą przeszliśmy również "za dnia" dnia następnego. Nocna wędrówka robiła większe wrażenie.

Udało nam się nie pobłądzić i jeszcze tej samej nocy dotarliśmy do obozu. Idąc skałami nie znaleźliśmy błękitnozielonego jeziorka więc kąpiel przeszła nam bokiem. Przy wieczornej herbacie zabrakło nam cukru.

Dzień piąty. Czwartek 1999-07-15
Ściany, ściany, steny.

W skalnych miastach (fot. L. Ryng)Rano obudziła nas przejeżdzająca ciuchcia, trąbiąca przed każdym skrzyżowaniem z drogą czy byle ścieżką. Następnie znaleźliśmy cukier, który ktoś zostawił w "jadalni". Jako, że nikt oprócz nas nie korzystał z niej, pozwoliliśmy sobie otoczyć go opieką. Trochę był co prawda rozmoknięty i trzeba było stoczyć bój z kilkoma mrówkami, ale wygraliśmy bez strat w ludziach. W górach zawsze można znaleźć wiele porzytecznych rzeczy.

Pozbieraliśmy się jak najszybciej... cdn


Do góry ^


Copyright © 1999-2001 Joanna Dereń & Łukasz Maciejewski