|
|
W wyprawie udział biorą:
Łukasz i
Joanna (ja) - autorzy tej stronki www,
Agnieszka - moja Siostra,
Kuba - "druga połowa" Mojej Siostry, którego możesz poznać bliżej w jego ęternetowej bacówie,
Jagoda - siostra Kuby,
Magda - najogólniej: przyjaciółka Jagody.
Strzelin -Stronie Śl. Stronie Śl. - Przeł. Dział - Czernica - Dol. Górnej Białej Lądeckiej.
Etap pierwszy, czyli dojazd pociągiem rozpoczęliśmy o 8:16 kiedy to startuje pociąg ze Strzelina do Kłodzka (Pośpieszny Wrocław-Praga). Oczywiście nie obywa się bez lekkiej nerwówy, ponieważ pani w kasie PKP nie spodziewając się, że ktokolwiek przyjdzie kupić bilet (w kasie?!?) miała do wykonania Bardzo Ważne Wydruki, co jej zajęło ładnych parę minut.
Więc wyruszamy. Po drodze z lekka znęcam się nad dziewczynami, przekazując informacje uzyskane na kursie SKPS (Studenckiego Koła Przewodników Sudeckich) na temat co ciekawszych z mijanych miejscowości - Henrykowa, Barda.
Każdy chyba zna krzyż wznoszący się nad urwiskiem, Nysą Kłodzką, miastem i każdym, wjeżdżającym do Kotliny Kłodzkiej pociągiem. Podobno onegdaj ktoś wymyślił sposób na popełnienie samobójstwa z wykorzystaniem owego krzyża. Mianowicie przywiązał sznurek do podstawy krzyża, drugi koniec w postaci pętli założył na własną głowę i skoczył w przepaść. Dość makabryczne, ale może to tylko bajka...
W Kłodzku czekamy godzinę na odjazd pociągu do Stronia, gdzie trafiamy około południa. Na dworcu ZSP (Zrzeszenie Studentów Polskich?) wita chlebem i solą świeżo przybyłych uczestników jakiegoś zjazdu. Po skończonym przywitaniu chleb przezornie chowają do woreczka - do następnego razu. My wyrzucamy nasze manele i od tego momentu zaczyna się pieszy etap naszego wędrowania po wschodniej części Sudetów.
Z dworca, szlakiem żółtym, jak w którejś z wcześniej opisanych wycieczek idziemy na Dział - przełęcz, położoną na wysokości 922m n.p.m. Po drodze mijamy kilka wycieczek (zaczął się długi łykend, więc trudno się dziwić). Na drodze - jak ostatnio - znajdujemy fioletowe kamyczki. Prawdopodobnie nie są to ametysty, jak pisałam poprzednio, ale fluoryty. Pierwszy postój robimy w ruinach, być może pozostałości po chacie drwali, a może eksploratorów tych ziem. Kawałek dalej przy szlaku znajdujemy zachowane resztki piwnicy, w której można by nawet przenocować.
Ponieważ pogoda zapowiada się trochę niepewnie, staramy się wyprzedzić kogo się da, aby zająć przed innymi zadaszoną wiatę na przełęczy. Opłacało się. Przeczekujemy w niej dwie kolejne ulewy, w tym jedną z gradem. Przy okazji popijamy herbatkę z rumem. Trochę się uspokoiło, ale wiemy, że deszcz czeka tylko, aż zbawienna wiata zniknie nam z oczu za zakrętem, a znowu zacznie padać. Trochę więc zmarudziliśmy, ale trzeba ruszać...
Na Czernicę dochodzimy nie bezpośrednio szlakiem żółtym, ale niebieskim i czerwonym od południowej strony z widokami na jeszcze biały Śnieżnik. O tej porze roku nie widać jeszcze much, które ubiegłej jesieni przegoniły nas ze szczytu.
Ponownie wracamy na szlak żółty, którym schodzimy do Doliny Górnej Białej Lądeckiej. Rzeka szumi i wije się między zalesionymi stokami, nad drzewami górują skalne zamczyska, pod nogami żółcą się pierwiosnki, a przy zachodzącym słońcu wszystko ubarwia dodatkowo niesamowity koloryt - tak przywitał nas ten zakątek świata. Temat na fototapetę (no, może z wyjątkiem szumu wody). Ja najchętniej w pierwszym napotkanym zakątku rozbiłabym namioty i syciła się chwilą. Niestety, reszta chce iść dalej, aby następnego dnia dotrzeć jak najbliżej czeskiego Pradziada, na którego mamy zamiar wejść. W efekcie wbijamy się coraz dalej w dolinę, w miejsca, gdzie coraz trudniej o miejsca na rozbicie namiotu. Granica Polski tworzy w tym miejscu "worek", w którym nie przebiegają już żadne szlaki turystyczne. Dla przejeżdżającego właśnie leśniczego nasza obecność musi być wielce podejrzana w tym miejscu ( o mało oczy mu nie wyskoczyły z "malucha" jak nas mijał), w ostateczności musimy wrócić do bardziej cywilizowanego miejsca, czyli do szlaku zielonego, tracąc czas i zdobyte kilometry.
Dol. Górnej Białej Lądeckiej - Jawornik Graniczny - Paprsek - Ramzova
Rankiem musimy trochę dłużej poczekać na wyschnięcie namiotów. W międzyczasie oczywiście przyuważyła nas Straż Graniczna i z pewną nieśmiałością naszła nas przy śniadaniu pod postacią jednoosobowej drużyny na komarze (czy innym mopliku). Bardzo kulturalnie nas postraszył, nie wziął łapówki w postaci zaproszenia na śniadanie, spisał chłopaków i... zniknął, pozostawiając nas pełnych wątpliwości: "przekraczać granicę nielegalnie, czy nie? a jeśli po drugiej stronie już będzie ktoś na nas czekał?". Musieliśmy zmienić plany i zamiast czym prędzej ruszać w stronę Pradziada zaczęliśmy człapać w stronę najbliższego przejścia granicznego na Przeł. Płoszczyna.
Droga prowadziła nas przez rezerwat Puszcza Śnieżnej Białki, następnie wspinała się na pasmo graniczne, skąd, po minięciu Polskiej Hory (Rudawca) rozciągają się niesamowite widoki w kierunku Śnieżnika. Wśród tłumów, które tego dnia wyległy na szlaki slalomujemy do przodu. Po drodze mijamy panie w klapeczkach i jazgoczące pieski. Jakiś pan (prowadzący prawdopodobnie grupę uczniów) stwierdza na nasz widok: "Oto prawdziwi turyści - niosą wszystko na grzbiecie". Po czym dodaje z wielką dumą: "a my mamy karty kredytowe!" Kuba się roześmiał: "To niech mi pan jeszcze bankomat na szczycie pokaże!" i poszliśmy dalej.
Trochę nas wkurzało, że zamiast zbliżać się do celu podróży (Pradziada) idziemy w przeciwnym kierunku i jakiś chochlik zaczął nam podpowiadać: "A może by tak...", "Nie, to niemożliwe." "Może jednak warto spróbować." "A jeśli nas złapią." Koniec końców, po dojściu do Jawornika Granicznego nie skręciliśmy ze szlakiem, ale na szagę, przez las przedarliśmy się do Czech. (Ale o tym sza!)
W Czechach galopkiem dotarliśmy do szlaku czerwonego i dalej, do pierwszego zabudowania, czyli chatki "Medvedi Bouda". Tam natknęliśmy się na pierwszych po czeskiej stronie ludzi - oczywiście Polaków. Posiedzieliśmy chwilę, nasłuchując, czy nikt o nas nie pyta, zjedliśmy VietKongi (czyli zupki chińskie) i ruszyliśmy.
Czesi, obok kilku drażniących mnie cech, mają szereg innych, za które ich podziwiam. Jedną z nich jest zdolność zamieniania otoczenia nawet najbardziej skromnego domku w małe ogrody bajek. W ogródeczku - choćby najmniejszym - można znaleźć wodne "kręciołki" (dwa patyki wbite w ziemię i zawieszony na nich wiatraczek obracany siłą wody), które czasami kręcą się dla samego kręcenia, a czasami poruszają całkiem skomplikowane konstrukcje mechaniczne. Bynajmniej, nie ma to nic wspólnego z naszymi krasnalami. Takiego właśnie kręciołka znaleźć można głęboko w lesie, obok "Medvedi Boudy".
cdn.
Copyright © 1999-2001 Joanna Dereń & Łukasz Maciejewski