Powrót do strony relacjiKontakt Relacje

Pierwszy raz w Sudetach

Masyw Śnieżnika, Góry Bystrzyckie, Orlickie, Stołowe oraz Karkonosze
14 lipca - 26 lipca 2001 r.

Wreszcie udało nam się zrealizować planowany od dłuższego czasu wypad w Sudety. Kasia - moja dziewczyna i ja spakowaliśmy plecaki i wsiedliśmy w pociąg jadący do Stronia Śląskiego. Tam odwiedziliśmy moją rodzinę i w sobotę 14. lipca rano wyszliśmy na szlak. Chcieliśmy przejść żółtym Zachód słońca na Śnieżniku (fot. PF)szlakiem do Kletna, a dalej na Śnieżnik. Na moje nieopatrznie rzucone przed wyjściem "Witaj przygodo!" trasa odpowiedziała tak, aby nas nie zawieść. Pomijając brak oznaczeń szlaków i wielogodzinne błądzenie (przewidywane 1.5h to przynajmniej dwa razy za mało), powitały nas pokrzywy sięgające powyżej głowy. Przedzierając się i wycinając sobie drogę nożem kompletnie wyczerpani i poparzeni dotarliśmy do Kletna. Stamtąd prosta droga asfaltem wiodła do Jaskini Niedźwiedziej. Aby zwiedzić ten piękny obiekt trzeba mieć wcześniej rezerwację, gdyż dla zachowania unikatowego mikroklimatu liczba zwiedzających jest ograniczona. Rezerwacji niestety nie mieliśmy, lecz dzięki odrobinie szczęścia i uśmiechowi Kasi udało nam się załapać do ostatniej grupy zwiedzających.

Po ochłodzeniu się (temperatura w jaskini była o jakieś 20 stopni niższa niż na zewnątrz) poszliśmy żółtym, a potem czerwonym szlakiem do schroniska na Hali pod Śnieżnikiem. Tego dnia brakło nam już sił na wejście na szczyt, więc od razu zostaliśmy w schronisku, z którego można oglądać piękne zachody Słońca.

Nazajutrz rano weszliśmy na szczyt Śnieżnika, gdzie wiatr z trudem pozwalał utrzymać się na nogach. Dalej zeszliśmy czerwonym Wodospad Wilczki (fot.PF)szlakiem do Międzygórza. Jest to bardzo przyjemna droga z ładnymi widokami na dolinę Czarnej. W Międzygórzu poszliśmy obejrzeć wodospad Wilczki, który mocno nas zawiódł. Ten do niedawna najwyższy wodospad w Polsce obecnie nie przedstawia się imponująco . Z przystanku koło wodospadu wsiedliśmy w autobus do Bystrzycy Kłodzkiej. Stamtąd chcieliśmy przejechać w kierunku Gór Stołowych, ale nie było nam to dane, bo po godzinie 13 nic już w tamtym kierunku nie jechało. Wpadliśmy więc na pomysł, żeby wejść na przełęcz Spaloną i przenocować w schronisku "Jagodna". Sądziliśmy, że stamtąd uda nam się przejechać tzw. "Autostradą Sudecką" do Zieleńca. Po jakichś czterech godzinach marszu zielonym szlakiem przez las dotarliśmy do tejże autostrady (to bardzo szumna nazwa jak na wąziutki i podziurawiony asfalt), a nią do wsi Spalonej. "Jagodna" okazała się być najdziwniejszym schroniskiem w jakim nocowaliśmy w czasie tej wyprawy. Dziewczyna prowadząca schronisko była zaszokowana tym, że ktoś chce przenocować (ale gdy już ochłonęła z przerażenia była całkiem miła). Oczywiście byliśmy jedynymi gośćmi w tym miejscu, które było raczej doskonale zaopatrzonym drink - barem (to tłumaczy, dlaczego woda w kranie miała temperaturę nadającą się raczej do chłodzenia piwa, a nie do mycia). Dowiedzieliśmy się też, że chociaż zaznaczony na mapach PPWK przystanek autobusowy istnieje w rzeczywistości, to nie odjeżdżają z niego autobusy.

Żeby zdążyć dojść na najbliższy przystanek w Młotach musieliśmy wstać około piątej. Mgła była tak gęsta, że nie zauważyliśmy zejścia z szosy i na starcie straciliśmy pół godziny. Nie było to pierwsze miejsce, gdzie się zgubiliśmy, tak że po dopytaniu się jakiegoś rolnika o drogę na przełaj byliśmy na miejscu kilka minut przed odjazdem autobusu.

Torfowisko pod Zieleńcem I znów znaleźliśmy się w Bystrzycy. Na szczęście tym razem na tyle wcześnie, że udało nam się złapać autobus do Dusznik Zdroju. Po odszukaniu parku zdrojowego w Dusznikach zjedliśmy śniadanie przy źródle "Pieniawy Chopina". Gotowanie wody w tym miejscu spowodowało nieliczne dziwne spojrzenia. Zwiedziliśmy też "Muzeum Papiernictwa". Potem, chcąc uniknąć marszu asfaltem wjechaliśmy autobusem do Zieleńca, gdzie przenocowaliśmy w prywatnym (niegdyś PTTK) schronisku Orlica. Warunki w nim są całkiem dobre, wieczorem pograliśmy sobie w bilard, bo zaczął padać deszcz. Specjalnością kuchni są tam ruskie pierogi - polecamy.

Torfowisko pod ZieleńcemPostanowiliśmy, że następnego dnia przejedziemy w Góry Stołowe, chcieliśmy też zobaczyć Torfowisko pod Zieleńcem. O szóstej rano wyszliśmy zielonym szlakiem. Przez kilka godzin padał deszcz, więc po przedarciu się przez sięgające do pasa chaszcze mieliśmy zupełnie przemoczone buty i spodnie. Deszcz padał w dalszym ciągu, co sprawiło, że zwiedzanie torfowiska nie stanowiło dużej przyjemności, choć mgła pasowała do nastroju tego miejsca. Torfowisko zwiedza się chodząc po drewnianych kładkach. Po półtorej godzinie byliśmy tyleż usatysfakcjonowani widokiem, co przemoczeni. Po napiciu się herbaty zeszliśmy na przystanek ("Zieleniec skrót" - jest najbliżej torfowiska) i zjechaliśmy do Dusznik, a dalej do Łężyc.

Tam weszliśmy na niebieski szlak, który miał nas doprowadzić do Karłowa. Kiepska pogoda ograniczyła nam widoki. Szkoda, bo po wejściu na piętro Gór Stołowych nachyloną pod kątem 45 stopni kamienną rynną, droga wiedzie wzdłuż Urwiska Batorowskiego. Jest to bardzo efektowny szlak, którym warto przejść się, będąc w tamtych okolicach.

W ulewnym deszczu dotarliśmy do Karłowa. W tej turystycznej miejscowości jest wiele noclegów, lecz mieliśmy problem ze znalezieniem wolnego miejsca. Domek w Lesie u stóp Szczelińca (fot. PF)W końcu zadzwoniliśmy pod podany nam przez panią z "Liczyrzepy" numer i tak znaleźliśmy miejsce w "Domku w lesie". Zabawne jest, że wcześniej byliśmy już tam, lecz zawróciliśmy spod drzwi, bo miejsce wydało się nam zbyt ekskluzywne. Tymczasem za nocleg w przyjemnym pięcioosobowym pokoju na poddaszu zapłaciliśmy 20 zł od osoby (mając pokój tylko dla siebie). Kwatera ta jest wyposażona w dużą ilość materacy, więc myślę, że w razie potrzeby mogą tam przenocować większą liczbę turystów. Sala kominkowa okazała się bezcenna, bo przy pomocy przywiezionej przez nas linki przerobiliśmy ją na suszarnię dla licznych przemoczonych gości. Miejsce to przypadło nam do gustu do tego stopnia, że stało się naszą bazą wypadową na dwa najbliższe dni.

Ryna na Urwisko Batorowskie (fot. PF)Pierwszą trasę rozpoczęliśmy od Szczelińca, u stóp którego znajduje się "Domek w lesie". Rezerwat jest bardzo efektowny i roztacza się z niego piękny widok na okolicę (pogoda na szczęście się poprawiła). W pełni wynagradza on trud wejścia po kamiennych i zejścia po stalowych schodach. Szczeliniec to labirynt skałek o fantazyjnych kształtach. Przejścia między nimi są miejscami dość wąskie i niskie, więc z naszymi 60 - litrowymi plecakami mieliśmy drobne problemy. Po wyjściu z rezerwatu po raz kolejny udało nam się zgubić, bo niebieski szlak w kierunku Widok ze Szczelińca (fot. PF)Skalnych Wrót jest oznaczony tak samo jak droga do parkingu pod Szczelińcem (tą skandaliczną sytuacją powinien się ktoś zająć, bo obie drogi zaczynają się prawie w tym samym miejscu). Szliśmy z mapą wydawnictwa Eko-Graf, która jest tak beznadziejna, że z dużym zdziwieniem dowiedzieliśmy się od spotkanych ludzi, gdzie jesteśmy. A że byliśmy na drodze do Pasterki, to poszliśmy do niej. Jest to ładna, spokojna wieś o sielskim nastroju. Polecamy obejrzenie znajdującego się tam kościółka i cmentarza. Poszliśmy też do schroniska PTTK i ucieszyliśmy się, że w nim nie nocujemy. Z Pasterki przez Ostrą Górę zielonym szlakiem doszliśmy do rezerwatu Błędnych Skał.

Ze strony, z której trafiliśmy było wyjście z labiryntu, lecz my o tym nie wiedzieliśmy - żadnej tabliczki nie było, bo dla wszystkich jest oczywiste, że dojeżdża się tam samochodem i wejście jest od strony parkingu. Samotna skałka na szczycie Szczelińca (fot. PF)Weszliśmy więc pomiędzy skałki, przy których Szczeliniec był szeroką autostradą. W niektórych miejscach omal nie zaklinowaliśmy się z naszymi "garbami", pomimo chodzenia na czworakach. Ponadto musieliśmy się mijać z ludźmi, którzy szli w przeciwną stronę. Dopiero po wyjściu kupiliśmy bilety wstępu. Żeby wrócić do Karłowa musieliśmy podejść kawałek z powrotem w kierunku labiryntu i wtedy usłyszeliśmy okrzyki w stylu "Te plecaki to chyba górą będą przerzucać". Nie uświadamialiśmy mówiących o tym, że poradziliśmy sobie bez przerzucania. Do Karłowa wróciliśmy czerwonym szlakiem wzdłuż Krągłego Mokradła. Idzie on łagodnie nachyloną drogą, którą spływa brunatna woda z mokradeł, nie utrudniając jednak wędrówki. Przed Karłowem zboczyliśmy jeszcze do ruin fortu Karola, z których może być ładny widok na zachodzące Słońce. Fort ten był tak dobrze wkomponowany w skały, że trochę trudno znaleźć zbudowane mury. Najłatwiej do nich dotrzeć drogą, którą początkowo idzie zielony szlak, nie skręcając zgodnie ze szlakiem w prawo (idąc od strony czerwonego szlaku).

Następna trasa po Górach Stołowych Skalny grzyb na skraju lasu (fot. PF)wiodła do Rezerwatu Skalnych Grzybów. Z Karłowa doszliśmy do nich czerwonym szlakiem. Kasia pod skalnym grzybkiem (fot. PF)Przez rezerwat wiedzie kilka dróg, więc łatwo przejść go wzdłuż i wszerz. Najbardziej zaskoczyło nas, że najwięcej skałek o kształcie grzyba znaleźliśmy poza samym rezerwatem. Po wyjściu z rezerwatu niebieskim szlakiem w kierunku Batorówka trafiliśmy do sklepiku, który stoi w miejscu, gdzie niegdyś była słynna karczma (jest tam zdjęcie przelatującego nad nią sterowca). Obecny właściciel pokazał nam monety wykopane podczas prac przy budowie sklepiku, opowiedział kilka lokalnych historii, a wreszcie zaprezentował piwniczkę, która pozostała po karczmie, Autor pod skalnymi grzybami (fot. Kasia)i w której odszukaniu pomogły mu kury. Prowadzi on również gospodarstwo agroturystyczne, w którym podobno można znaleźć noclegi o każdym standardzie (poczynając od siana w stodole). Jeśli w cenę noclegu wliczone są opowieści gospodarza, to może to być miejsce godne polecenia. Do Karłowa wróciliśmy żółtym szlakiem obok Wielkiego Torfowiska Batorowskiego. Droga wiedzie przez Skalną Furtę i Białe Skały, gdzie idzie się kotlinką otoczoną ze wszystkich stron pięknymi wysokimi skałami. Dno kotlinki jest miejscami zalane (są kładki) i porośnięte piękną roślinnością. Według nas jest to jedno z najbardziej urokliwych miejsc w Górach Stołowych.

Następny dzień spędziliśmy w środkach komunikacji publicznej. Chcieliśmy się dostać w Karkonosze. Wezbranie  w Wodospadzie Szklarki (fot. PF)W Karłowie wsiedliśmy do autobusu do Kłodzka (wtedy zaczęło się oberwanie chmury). W Kłodzku okazało się, że autobusem możemy pojechać najdalej do Wałbrzycha, natomiast jazda pociągiem przez Wrocław i Jelenią Górę do Szklarskiej Poręby wydawała nam się zbyt długa (w sensie czasu i odległości). Pojechaliśmy więc do Wałbrzycha. Tam też okazało się, że żaden autobus dalej nie jedzie. Busikiem przejechaliśmy na dworzec kolejowy i wchodząc usłyszeliśmy, że na peronie stoi pociąg z Wrocławia do Jeleniej Góry. W dzikim pędzie udało nam się do niego wsiąść. Był to ten pociąg, którym jechalibyśmy, gdybyśmy od razu pojechali do Wrocławia (a zajęłoby nam to mniej czasu). Nastawieni na nocleg w Jeleniej Górze postanowiliśmy jeszcze po wyjściu z pociągu sprawdzić rozkład jazdy i okazało się, że za minutę odjeżdża pociąg do Szklarskiej Poręby. Stał przy tym samym peronie, na którym wysiedliśmy, więc tym razem zdążyliśmy bez sprintów. Na miejscu byliśmy o tej samej porze, o której bylibyśmy jadąc przez Wrocław, ale kosztowało nas to o wiele drożej i sama jazda trwała dłużej. Morał z tego taki, że nie należy się wysilać na jazdę po najkrótszej drodze, bo komunikacja autobusowa leży tam i cienko piszczy.

Bufet w Kochanówce (fot. PF)Zastanawiając się, gdzie przenocować, doszliśmy do wniosku, że chcemy spać nad wodospadem, więc poszliśmy do schroniska "Kochanówka" nad wodospadem Szklarki. Znowu zaczęło lać, więc dotarliśmy do niego przemoczeni do suchej nitki. Tam spotkaliśmy się z bardzo miłym przyjęciem. Pani Olga prowadząca schronisko od razu poczęstowała nas gorącą herbatą. Śmieci niesione przez wezbraną po deszczach wodę zatkały turbinę zasilającą schronisko i palące się świece dodatkowo poprawiały atmosferę. Zdecydowanie jest to najładniejsze schronisko z najmilszą obsługą (pani Olga naprawdę dbała, aby niczego nam nie brakowało), w jakim nocowaliśmy. Dodatkową atrakcją był wezbrany wodospad, który podobno od dawna już tak nie wyglądał. Zostaliśmy w "Kochanówce" na dwie noce.

Pierwszy dzień po przybyciu przeznaczyliśmy na zwiedzenie Szklarskiej Poręby (część rzeczy jeszcze suszyła się na piecu). Kasia w Kochanówce (fot. PF)Najbardziej podobało nam się Muzeum Mineralogiczne (jest znacznie większe od Muzeum Ziemi, które jest tak naprawdę dużym sklepem, w którym można pooglądać sprzedawane minerały). Trafiliśmy też do "Leśnej Huty", która jest domowym warsztatem szklarskim, tak urządzonym, aby można było przyjrzeć się procesowi dmuchania szkła. Chętni mogą od razu nabyć podobający im się przedmiot. Po rwącym wodospadzie Szklarki wodospad Kamieńczyka nie zrobił na nas odpowiedniego wrażenia. Ucieszyliśmy się, że nie postanowiliśmy spać w schronisku "Kamieńczyk", bo jest ono skrajnie komercyjne. Z dużych głośników słychać bez przerwy jakiś łomot, a w kącie stoją automaty do gry. Turysta z plecakiem nie ma tam czego szukać.

Następnego dnia opuściliśmy schronisko. Obejrzeliśmy jeszcze wodospad w stanie bardziej zbliżonym do normalnego. Niebieskim szlakiem Wodospad Szklarki (fot. PF)weszliśmy do schroniska "Pod Łabskim Szczytem". Składa się ono z dwóch budynków o różnym standardzie. Spaliśmy w tym gorszym, w którym nie było śladu prysznica, a toalety były w przerażającym stanie. Poza tym schronisko było całkiem przyjemne Tędy biegł zielony szlak (fot. PF)(jak na Karkonosze). Było jeszcze wcześnie, więc zostawiliśmy plecaki i poszliśmy zrobić kółeczko wokół Śnieżnych Kotłów. Zielonym szlakiem doszliśmy do Śnieżnych Stawków (na dnie kotłów) i tam okazało się, że po ostatnich deszczach szlak wiedzie ponad pół metra pod wodą . Razem z dwoma Niemcami, którzy szli z przeciwnej strony próbowaliśmy opracować metodę sforsowania przeszkody (przy pomocy machania rękami i paru niemieckich słów). W końcu oni postanowili przedzierać się przez kosodrzewinę, która bardzo gęsto rośnie tam wokół szlaku, a my zdjęliśmy buty i ruszyliśmy w wodę. W końcu mniej lub bardziej przemoczeni (czyli ja mniej, bo w połowie drogi tak zmarzły mi nogi, że bez względu na wszystko postanowiłem zboczyć w kosówkę, a Kasia bardziej, bo na dalszym odcinku woda okazała się głębsza niż na to wyglądała) przebiliśmy się. Okazało się to możliwe tylko dlatego, że zostawiliśmy większość bagażu. Ostatecznie uznaliśmy, że miejsce było warte trudu. Stamtąd poszliśmy do Rozdroża pod Wielkim Szyszakiem, wspięliśmy się niebieskim szlakiem i idąc czerwonym podziwialiśmy Śnieżne Kotły z góry, walcząc z bardzo silnym wiatrem. Do schroniska wróciliśmy odcinkiem szlaku żółtego.

Przekaźnik telewizyjny na Śnieżnymi Kotłami (fot. PF)Kolejny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzenie zachodniej części Karkonoszy. Szlakami zielonym, czerwonym i czarnym dotarliśmy na Szrenicę, a potem na Halę Szrenicką. Kłębiły się tam takie tłumy ludzi, że czym prędzej oddaliliśmy się stamtąd i poszliśmy do Czech. Chcieliśmy zobaczyć jamy, czyli tamtejszy odpowiednik naszych polodowcowych kotłów. Zielonym szlakiem dotarliśmy od źródeł Łaby, dalej do schroniska Labska Bouda, a z niego grzbietem jam czerwonym szlakiem do schroniska Vrbatova Bouda. Żółtym szlakiem wróciliśmy do zielonego i dalej po śladach do naszego schroniska. Potem dowiedzieliśmy się, że należało iść dołem kotłów, bo wtedy widać wodospady Łaby i Pancavy. Z tego ostatniego, który ma ponad 100 m wysokości widzieliśmy tylko sam początek.

To był koniec ładnej pogody. Następnego dnia wyszliśmy w deszczu i po pięciu godzinach marszu czerwonym szlakiem doszliśmy przemoknięci Pancavsky wodospad (fot. PF)do schroniska "Odrodzenie" na Przełęczy Karkonoskiej. Mgła była taka, że w strażnicy oddalonej od schroniska o jakieś 200m pytaliśmy o drogę do niego. Poza tym, że w ogóle istnieje, nie widzieliśmy w tym schronisku żadnych zalet i nie zostalibyśmy tam, gdyby nie pogoda.
     Następnego dnia czekaliśmy z wyjściem aż przestanie padać i wyszliśmy dopiero około 13. Ulewa zaczęła się po jakichś 30 minutach, a widoczność jak i poprzedniego dnia zmalała do 10 metrów. Punkty widokowe nad Kotłami Wielkiego i Małego Stawu dawały się poznać po zwiększonej sile wiatru. W takich warunkach, nic nie widząc, wylewając co jaki czas wodę z butów trafiliśmy do "Strzechy Akademickiej". To schronisko ma dwie zalety: specjalną suszarnię (bardzo skuteczną) i dobrą kuchnię (ale drogą). Przez jakieś piętnaście minut (tyle trwała przerwa w chmurach) mogliśmy przez okno podziwiać ściany Kotła Małego Stawu.

Nazujutrz, zniechęceni przez pogodę postanowiliśmy zakończyć wycieczkę i zejść do Karpacza. Jeszcze we mgle weszliśmy na żółty szlak - dawny tor saneczkowy. W jednym z kamieni przy drodze jest wykuty ładny symbol saneczkarzy. Po zejściu do Karpacza pogoda się poprawiła. Chcieliśmy znaleźć referat weryfikacyjny GOT, który rzekomo miał się tam znajdować, schodziliśmy zatem opłotkami pół Karpacza, zanim okazało się, że od lat już on nie istnieje. Potem daliśmy się jeszcze nabrać planowi Karpacza wydawnictwa "PLAN" i poszliśmy szukać schroniska PTTK "Farma", które jak się okazało po dotarciu na miejsce od 40 lat nie ma nic wspólnego z PTTK. (Jest to jedyna wpadka tego wydawnictwa, jaką znaleźliśmy - poza tym wydają oni rewelacyjne mapy i znakomicie się z nimi chodzi). Na tym zszedł nam prawie cały dzień, zdążyliśmy tylko odwiedzić Muzeum Sportu i Turystyki całkiem ciekawe, choć malutkie. Sądziliśmy, że w takiej turystycznej miejscowości bez problemu znajdziemy nocleg, ale okazało się, że miejsca są albo zajęte, albo nie chcą turystów na jedną noc. W końcu przy sporej dozie szczęścia znaleźliśmy nocleg w schronisku PTSM "Liczyrzepa".

To był już koniec wędrówki. Mimo pięknej pogody, rano wsiedliśmy w busik do Jeleniej Góry, a tam w pociąg "Sudety" i rozjechaliśmy się każde do swoich domów (na szczęście nie na długo).

Choć pogoda nie dopisała byliśmy bardzo zadowoleni z wypadu. Sudety są pięknymi górami i mogą dostarczyć niezapomnianych wrażeń w każdych warunkach.


Piotr Fita (fitap@interia.pl)


Polecane noclegi:
* "Domek w Lesie"
Karłów 1
57-353 Karłów
tel. (074) 873 38 11
* Gospodarstwo Agroturystyczne
tel. (074) 868 35 39
(609) 431 713
* Schronisko PTTK "Kochanówka"
58-573 Piechocice
skr. poczt. 31
tel. (075) 717 24 00
(607) 240 610


 


Copyright © 2001 Piotr Fita